Saturday, 6 November 2010

Po-wakacyjnie...



Moje urodziny przypadaja na poczatek listopada. Dni, ktore czesto sa deszczowe, szare, srednio napawajace optymizmem... Jakkolwiek bardzo lubie jesien i jej nasycone kolory, od zawsze moim marzeniem bylo spedzenie urodzin w cieple i sloncu. W tym roku nadarzyla taka okazja jesiennego urlopu, choc wlasciwie poczatkowo plany byly inne, okolicznosci niezalezne od nas wplynely na ich zmiane, ale moze i dobrze sie stalo, bo w koncu wyladowalismy na Maderze:).

Maderska kombinacja blekitnego oceanu, bujnej roslinnosci, posepnych gor i zielonych wawazow, pysznego jedzenia i totalnego relaksu w sloncu sprawila, ze poczulam sie naprawde wyjatkowo moc spedzic w ten sposob swoje 30 urodziny:).

***

My birthday is at the beginning of November. Time, when the sky is grey and cloudy, not a very optimistic weather... Although I do like autumn and its full, intensive colours, it has been always my dream to spend my birthday in the sun and warmth. This year luckily we managed to take our holidays in November, originally our plans were a bit different and owing to circumstances beyond our control we had to change them, but it turned out to be a good thing as eventually we landed in Madeira:).

The combination of the blue ocean, lush greenery, majestic mountains and ravines, delicious food and relax at the swimming pool was perfect. I felt really special being able to celebrate my 30th birthday like this:).

Friday, 22 October 2010

Thursday, 14 October 2010

Warszawsko - filmowo...

Nie pisalam dosyc dlugo.

Moj aparat odmowil poluszenstwa (mam nadzieje, ze nie na zawsze) i troche mi z tym dziwnie. Przyzwyczailam sie do targania go zawsze i wszedzie... Robienia zdjec czestych, mimo ze nie zawsze dobrych.

Ale nic to.
Spedzam teraz bardzo mily ponadtygodniowy urlop w Warszawie. Czas dziele miedzy spotkania rodzinne, kawe z bardziej lub mniej bliskimi znajomymi, spacery po zakatkach dawno nie odwiedzanych i... kino:).

W ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego obejrzalam pare dni temu film pt. "Nyman in Progress". Bylo warto. Chociazby tylko by posluchac muzyki filmowej (znanej z poczawszy od super slawnego "Fortepianu" przez - z nieznanego mi powodu niedocenionej zupelnie - "Gattaci", do produkcji z lat 80tych, ktorych nie widzialam, jeszcze!). Tak wiec muzyki filmowej na pewno, ale nie bedacej tlem do filmow, bynajmniej! raczej narzucajacej sie widzowi, nie dajacej sie ignorowac, wmuszajacej niejako bogactwo i roznorodnosc dzwiekow. Ale ja taka wlasnie lubie:).

Potem dowiedzialam sie, ze Michael Nyman ma polskie korzenie (dziadkowie jego pochodzili z okolic Czestochowy! kto by pomyslal;). I ze tez wszedzie nosi ze soba aparat (oczywiscie docelowo z o wiele wiekszym pozytkiem niz ja;))). A swoje zdjecia/filmy przeksztalcil w impresje ilustrowane ta niespokojna, nieraz dodekafoniczna muzyka wlasnie. Efekt bardzo, bardzo ciekawy:).

Poniewaz wpis jest juz dzis zdecydowanie przydlugi, daruje sobie juz wersje in English;/. Zamiast tego, zapowiedz filmu:).

Monday, 13 September 2010

Juz "po"

Mamy w koncu nowe drzwi i okna w domku:). Jest cieplej, przytulniej, juz nam niestraszne zblizajace sie chlodne, jesienne dni...

***

Finally we have new doors and windows in our house:). It is much warmer, cosier, and we are ready for the chilly Autumn days...